Prosić o łaskę poznania grzechów i odrzucenia ich

Czy ta prośba jest zasadna? Tak, ponieważ sami z siebie nie poznamy istoty grzechu ani nie przeciwstawimy się grzesznemu pędowi skażonej natury. Jesteśmy podobni do tonącego w bagnie. Konieczna jest zbawcza moc Jezusa, który zresztą zapewnia: Beze Mnie nic nie możecie uczynić (por. J 15, 5). Natchniony Psalmista przeczuwając tę konieczność, usilnie prosi o Bożą pomoc: Zbadaj mnie, Boże, i poznaj me serce; doświadcz i poznaj moje troski, i zobacz, czy jestem na drodze nieprawej, a skieruj mnie na drogę odwieczną! (Ps 139) Bylibyśmy naiwni mniemając, że własne grzechy łatwo można poznać. Grzesznik zaślepiony sam sobie schlebia i nie widzi winy swej, by ją mógł znienawidzić (Ps 36). Podobną myśl spotykamy w psalmie 19: Kto dostrzega swe błędy? Oczyść mnie od tych błędów, które są skryte przede mną.


Są takie sfery ludzkich pragnień, decyzji i motywów działania, które jawią się w całej prawdzie dopiero wtedy, gdy pada na nie światło, którego dawcą jest Bóg. Na to właśnie światło otwieramy się, gdy o nie co dzień prosimy. Własna dobra wola a nawet różne psychologiczne techniki odsłaniania skażeń natury – to za mało! Owszem, oddają one cenne usługi w docieraniu do prawdy o złożonych i nieprzejrzystych motywach ludzkich działań, jednak najcenniejsza i rozstrzygająca pomoc – ku poznaniu, wyzwoleniu i przemianie – przychodzi od Boga i jest darem. To sam Duch Święty, Dawca wszelkich darów, sprawia, że w „sanktuarium osoby” robi się widno jak w pokoju oświetlonym promieniami Słońca.


Nie powinniśmy się niepokoić, czy poznajemy w sobie już wszystko, jak należy. Z naszej strony wystarczy, by być otwartym i prosić, zaś Duch Święty dokona reszty – we właściwym czasie odsłoni nam tę prawdę, że są w nas jakby dwa centra osobowe. Choć nie są one równorzędne, to jednak na tyle wyraźne, że za św. Pawłem mówimy o przeciwstawnych dążeniach człowieka cielesnego i duchowego. Na gruncie tej wiedzy podejmujemy codzienny trud poznawania i uznawania, że znów ulegaliśmy grzechowi zamiast kierować się we wszystkim miłością. Nie jest to łatwe, ponieważ dla własnej wygody i przyjemności dokonujemy manewrów maskujących rzeczywiste motywy i cele naszych działań. Posuwamy się także, według dosadnego określenia Karla Rahnera, nawet do „fałszerstw moralnych”, udając przy tym, że wszystko jest w porządku.


Niestety, są w naszych sercach duże przestrzenie, którymi włada logika księcia ciemności, a my ich nie odzyskujemy. Całymi latami potrafimy podejmować takie decyzje, które praktycznie utrzymują nas w niedorozwoju więzi z Panem. Tak objawia się w nas „praca” grzechu fundamentalnego. Towarzyszy temu jakieś rdzenne poczucie winy. Niektórzy psychologowie widzą w tym poczuciu winy jedynie coś chorobliwego i obiecują, że czysto ludzką perswazją można się od niego uwolnić, że można zlikwidować przyczynę bólu psychiczno-duchowego. W rzeczywistości dopiero otwarcie się na słowo Boże i współpraca z Duchem Jezusa uwalnia od poczucia winy. Bóg leczy także rany zadane przez grzech.


Mentalność naszych czasów stanowi dodatkowy powód, byśmy szczerze prosili Boga o poznanie swoich grzechów! Świat, w którym żyjemy ma wpływ także na nas chrześcijan. Niepostrzeżenie przyswajamy sobie światową iluzję na temat grzechu. Celnie i precyzyjnie zwraca na to uwagę kardynał C. M. Martini: „Jest to dziwne, ale gdy z jednej strony przybierają na sile zjawiska degradacji ludzkości poprzez różne formy nałogów indywidualnych i zbiorowych, zjawiska degradacji moralnej wszelkiego typu, to z drugiej strony upowszechnia się jakieś poczucie niewinności. (…) Niezdolność do rzetelnego wglądu we własne sumienie rodzi wielką sprzeczność naszych czasów. Obok tak wielu przejawów zła, tak wielkie przekonanie o niewinności. (…) Co może pomóc w pokonywaniu tego ciężkiego kryzysu ludzkich sumień? Może w tym pomóc liturgia pokutna”. Może w tym pomóc codzienny rachunek sumienia, a szczególniej ta śmiała i szczera prośba z drugiego punktu.


Druga część prośby – o zdecydowane odrzucenie swych grzechów – jest bardziej oczywista. Przecież tak bardzo nieskuteczne bywają nasze postanowienia poprawy. Od pewnych grzechów długo nie potrafimy się uwolnić, choć za nie żałujemy. Zniechęcamy się, gdy siła grzesznego przywiązania okazuje się większa niż nasza dobra wola. Św. Ignacy zaleca w takiej sytuacji dwa rodzaje działań: trzeba samemu naginać się do miłosnej woli Boga, a także usilnie prosić Boga o moc do przeciwstawienia się zniewalającej sile grzechu (por. CD 16).


Zachętę, którą św. Jan Chryzostom odniósł do modlitwy, my odnieśmy szczególniej do drugiego punktu codziennego rachunku sumienia: „Zaklinam was, bracia, nigdy nie odstępujcie od reguły modlitwy ani jej nie zaniedbujcie… Jedząc i pijąc, w domu lub podróży, czy w trakcie jakiejkolwiek czynności – mnich powinien stale wołać: Panie, Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną”… Imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, zstępujące w głębiny serca, pokona węża władającego pastwiskami serca, wybawi naszą duszę i przywiedzie ją do życia. Trwajcie więc stale przy imieniu Pana naszego Jezusa Chrystusa, tak aby serce pochłonęło Pana, a Pan serce, i żeby te dwie siły się zjednoczyły. Nie dokona się tego jednak w kilka dni; wymaga to wielu lat i długiego czasu. Potrzebny jest bowiem wielki i długotrwały trud, aby wypędzić wroga i żeby mógł w nas zamieszkać Chrystus”.