Pokaż wyniki od 1 do 6 z 6

Wątek: Prawdziwa historia

  1. #1
    JB Awatar Administrator
    Dołączył(a)
    16.01.2020
    Mieszka
    Warszawa
    Postów
    5,684

    Domyślnie Prawdziwa historia




    Do siedzącego przy śniadaniu w szpitalnej stołówce Centrum Onkologii zamyślonego księdza podszedł mocno wychudzony chłopak w kraciastej piżamie ze swoim skromnym posiłkiem na tacy:


    - Można się do księdza dosiąść?
    - Jasne - przytaknął jakby nadal nieobecny ksiądz w koloratce.


    - Ksiądz tutaj to do kogoś, czy ze sobą? - kontynuował pytania chłopak.


    - Ze sobą, ale to początek drogi - odpowiedział ksiądz wciągając się w rozmowę - Z lekarzem już wiemy, że jest, ale nie wiemy z jakiej grupy i w jakim stopniu rozwoju.


    - Ksiądz się nie martwi - uśmiechnął się chłopak - Niech ksiądz żyje najzwyczajniej normalnie jak dotąd.


    - A czy teraz ja mogę ci zadać pytanie? - zwrócił się z badawczym wzrokiem ksiądz, który był pewien, że siedzący przed nim łysy młodzieniec przypominający bardziej cień człowieka o niemal trupim wyglądzie skóry musi być onkologicznym pacjentem dość długo.


    - Niech ksiądz pyta. Powiem jak na spowiedzi - roześmiał się chłopak.


    Ksiądz dość niepewnie jakby wiedział, że o pewne rzeczy nie wypada wypytywać mimo wszystko zapytał przyciszonym głosem:
    - Jesteś młody, bardzo młody i tak bardzo chory. Nie masz o to żalu? Żalu do Boga? Żalu do świata? Żalu do losu?.


    - Proszę Księdza, mam obecnie 21 lat i choruję na raka od 16 roku życia - zaczął odpowiadać młodzieniec, jakby przygotowany na to pytanie - I nic lepszego nie mogło mi się przytrafić.


    Jak miałem 14 lat mój tata wyprowadził się do młodszej kobietki niż mama. Moje gimnazjum – szkoda gadać – myślałem, że tak mało zgranej społeczności szkolnej nie ma na świecie. A ja? Wypieszczony jedynak. Spadochroniarz z podstawówki. Taki typowy gnojek bez ambicji, bez chęci do nauki i bez chęci do pobożnego życia. Właściwie bez chęci do normalnego życia. Proszę mi wierzyć księże, że mimo bierzmowania wcale mi też nie było z Panem Bogiem po drodze.
    I przyszła zmiana.


    Kiedy zachorowałem rodzice umówili się, że będą mnie odwiedzać w klinice naprzemiennie, aby nawet się nie spotkać na szpitalnym korytarzu, ale ekonomia wzięła górę i tata zaproponował, że skoro codziennie do mnie przyjeżdża, to może zabierać matkę po drodze. Po jednym z powrotów ode mnie tata wysadzając mamę pod blokiem zapytał czy może wrócić. Wrócił I tak już zostało.

    Po roku urodził mi się braciszek, a lekarz zgodził się na przepustkę, abym został chrzestnym. Wiem, że nie zdążę założyć własnej rodziny, ale mam już dzieciaka jak swojego i do tego brata! I mogę się cieszyć z jego rozwoju, śledzić jak rośnie i jakie robi postępy. I jestem przekonany, że jak mnie już nie będzie, to będzie komu jeździć na mojej deskorolce, a rodzice na starość nie zostaną sami.


    A w gimnazjum z powodu mojej choroby najpierw zintegrowała się moja klasa, a wkrótce cała szkoła... Bal charytatywny jeden, drugi... Rozgrywki sportowe... Aukcje przedmiotów i autografów jakiś sławnych ludzi, którzy pewnie mnie nie znają... Mi już żadna kasa nic nie pomoże, a oni tak się rozkręcili, że chcą dalej wspólnie działać.


    Proszę księdza - zawsze chciałem mieć tatuaż na łydce, ale matka twierdziła, że to gadżet kryminalistów. I niech Ksiądz spojrzy jaka plecionka. Gdybym nie zachorował mógłbym sobie ją z głowy wybić młotkiem.
    I chyba najważniejsze: uważam, że jest ogromnym przywilejem wiedzieć, że miesiące, tygodnie i dni się kończą. I w pewnym momencie okazało się, że jestem taki uprzywilejowany, że już nic nie da się zrobić.


    Po pierwsze - swoje dni przestałem marnować na głupoty, na kłótnie, na uprzykrzanie życia innym. W miarę możliwości naprawiłem wyrządzone szkody i napisałem kilka listów do ludzi, których skrzywdziłem – w tym do mojej wychowawczyni.


    Po drugie - rozdysponowałem też swoje rzeczy i nagrałem komórką kilka godzin monologu z myślą o moim braciszku. Jestem też przygotowany na spotkanie z Bogiem odnawiając życie sakramentalne i zaprzyjaźniając się z Matką Bożą przez codzienny różaniec póki sił mi starczy.


    Proszę księdza – aż trudno w to uwierzyć, ale ten mój nowotwór przyniósł w życiu tyle dobra. Nie trzeba bać się śmierci. Trzeba bać się zmarnować swoje życie.




    Michał zmarł w niespełna 4 miesiące po tej rozmowie - w Święto Matki Bożej Różańcowej - 7 października.

    Źródło z netu.
    Załączone obrazki Załączone obrazki
    BOŻE, miej w opiece Polskę całą!Taką piękną i wspaniałą!

    Nigdy nie pojmiemy dróg, którymi prowadzi nas Bóg.

    Uwielbiaj Pana w każdym czasie. Tylko Jemu należy się chwała.



  2. #2
    JB Awatar Administrator
    Dołączył(a)
    16.01.2020
    Mieszka
    Warszawa
    Postów
    5,684

    MYŚLĄCY Z życia wzięte... Różne zdarzenia


    Leżałem na oblodzonym betonie klatki schodowej przez czterdzieści dwie minuty, zanim dotarło do mnie, że mógłbym tak leżeć do rana — i jedyną „istotą”, która by to zauważyła, byłby czujnik ruchu gaszący lampę nad wejściem.

    W wieku siedemdziesięciu ośmiu lat człowiek już nie „upada”.
    On się rozsypuje.
    Chwilę wcześniej sięgałem do skrzynki pocztowej, mając nadzieję na gazetę, a nie kolejne rozliczenie za gaz, a sekundę później świat się odwrócił do góry nogami. Dobrze, że miałem przy sobie telefon.

    Głos dyspozytorki w słuchawce był cienki, metaliczny:

    — Proszę pana, czy ktoś mieszka z panem w domu?

    Prawdziwa odpowiedź zatrzymała mi się w gardle jak ość.

    „Technicznie rzecz biorąc — nie” — chciałem powiedzieć.

    Mam troje dorosłych, zapracowanych dzieci, ośmioro wnuków i listę kontaktów w Whatsappie na dwieście osób.

    A jednak, gdy styczniowy wiatr przeszywał moją flanelową koszulę na wskroś, odpowiedź była tylko jedna:

    — Jestem zupełnie sam.

    Nazywam się Jan Radecki. W zakładzie byłem po prostu „pan Radecki”.
    Czterdzieści lat spędziłem w halach produkcyjnych montując autobusy Autosan, które jeździły po całej Polsce. Moja żona, Helena, odeszła cztery lata temu. Była spoiwem naszej rodziny. Bez niej spoiwo wyschło.

    Ten upadek zaprowadził mnie do sali numer 308 w szpitalu miejskim.
    Leżę tu od dwóch tygodni, wpatrując się w pęknięcie na suficie przypominające koryto Wisły.

    Moje dzieci?
    Są „dobre”.
    Tak mówię pielęgniarkom.
    Mają poważne stanowiska, biura w szklanych biurowcach i delegacje między Warszawą, Gdańskiem i Monachium. Żyją w światach, dla których pracowałem podwójne zmiany, żeby dać im studia.

    Teraz ich miłość i wdzięczność mają formę paczek, a nie obecności:

    — Tablet do „wideorozmów” (głośności do dziś nie ogarniam).
    — Kosz egzotycznych owoców za absurdalne pieniądze, których nawet nie wiem jak się je.
    — Szybkie telefony zaczynające się od: „Tato, mam minutę, wchodzę na spotkanie”.

    — „W korkach stoimy godzinę”, „roboty po uszy”, „na Wielkanoc na pewno przyjedziemy”.

    Zawsze gram twardziela:

    — Nie martwcie się o mnie — mówię, choć serce wali jak młot.
    — Wszystko mam, niczego mi nie brak.

    Kłamię.

    Najgorsza jest godzina siódma wieczorem. Gdy odwiedzający wychodzą. Korytarze milkną.

    W zeszły czwartek było wyjątkowo cicho. Zero telefonów. Zero wiadomości.
    Pielęgniarka — dziewczyna wyglądająca jakby nie spała całą dobę — rzuciła mi spojrzenie pełne litości. Odwróciłem głowę w stronę okna i patrzyłem jak pada śnieg. Czułem się jak duch.

    Około ósmej usłyszałem dźwięk. Nie szuranie medycznych kapci, tylko rytmiczne „człapanie” zniszczonych sneakersów. Odwróciłem się. W drzwiach stał chłopak. Siedemnaście lat, wysoki, chudy, w spranej bluzie z kapturem i z ciężkim plecakiem. Taki, o których w telewizji mówią „trudna młodzież”. Wyglądał na zagubionego.

    — Przepraszam — wyszeptał. — Szukam trzysta dziesiątej.
    Babci. Chyba pomyliłem drzwi.

    Skinąłem głową:
    — Jedne drzwi dalej, synu.
    Zatrzymał się na sekundę. Spojrzał na moją niespożytą kolację — zimny omlet. Spojrzał na pusty stołek przy łóżku — stołek, na którym nikt nie siedział od czternastu dni

    — Wygląda pan… no… — zaczął się wiercić. — Jakby miał pan kiepski wieczór.
    Moja duma odpaliła automatycznie:
    — Wszystko w porządku. Stary człowiek odpoczywa. Idź gdzie szedłeś.

    Nie poszedł.
    Nie kupił tej gry. Podszedł i po prostu usiadł. Tak po prostu. Położył plecak na kolanach i patrzył na swoje buty.

    — Moja babcia leżała rok temu w takiej samej sali — powiedział cicho. — Nienawidziła ciszy. Mówiła, że szpitalna cisza próbuje cię pożreć w całości.

    Pieczenie w oczach poczułem pierwszy raz od dawna.

    — Nie musisz tu siedzieć, chłopcze.
    — Wiem — powiedział wyciągając paczkę krakersów. — Ale babcia śpi po zabiegach, a ja nie spieszy mi się do domu na matematykę. Lubi pan piłkę?

    Ma na imię Michał. Jest w czwartej klasie technikum. Wieczorami dorabia jako kurier na rowerze elektrycznym, żeby pomóc mamie z czynszem — przeprowadzili się tu dwa lata temu.
    Chce zostać architektem, bo lubi „odbudowywać to, co inni zburzyli”.

    Michał przyszedł następnego wieczoru. I kolejnego.
    Nie przynosił koszy z owocami, przynosił siebie.
    Siedział na stołku i męczył się z równaniami, pytając mnie jak liczyliśmy na zakładzie bez kalkulatorów. Nauczył mnie obsługi tabletu, pokazał mi „memy z kotami” — połowy nie rozumiałem, ale śmiałem się, bo on się śmiał. Kłóciliśmy się czy nowe Solarisy są lepsze od moich starych Autosanów (ja twierdziłem, że nowe są „z plastiku”, nazwał mnie „oldskulem”).

    Wkrótce Michał stał się kimś więcej niż gościem. Był życiem całego piętra. Zaglądał do pani Gieni w 305. Pomagał panu Stefanowi znaleźć aparat słuchowy. Pielęgniarki zaczęły zostawiać mu kubek herbaty w mojej sali.
    Nazwały go „Aniołem ósmej wieczorem”.

    Kiedyś zapytałem:
    - Michał… czemu ty tu właściwie jesteś?
    Jesteś młody, masz przed sobą całe życie. Nic mi nie jesteś winien.

    Oderwał wzrok od telefonu i spojrzał poważnie:
    -Babcia zawsze powtarzała:

    „Miłość to jest pięć dodatkowych minut. Minut, których nie musisz dawać — ale dajesz, tak po prostu”.

    Wczoraj mnie wypisali.
    Syn zamówił mi taksówkę „business class”. Córka przysłała kurierem drogie przetwory i ekskluzyjną pościel. Są dobrymi dziećmi. Zrobili to, czego uczy współczesny świat: rozwiązali problem pieniędzmi.

    Ale siedzę teraz w moim cichym mieszkaniu i wciąż myślę o Michale. Chłopak, który ma pod dostatkiem powodów, by być zmęczony, obojętny, zajęty — przyszedł.
    Po prostu przyszedł.

    W sali 308 nauczyłem się najważniejszej lekcji w moich 78 latach:

    Dobroć to nie dziedzictwo ani stan konta. To decyzja.
    To te minuty, które oddajemy wtedy, gdy mamy pełne prawo po prostu odejść.

    Następnym razem, gdy zobaczycie kogoś siedzącego w samotności
    — na ławce, w parku, pod blokiem — dajcie mu swoje pięć minut.

    Może to właśnie one powstrzymają jego świat przed rozsypaniem się na kawałki.

    Źródło: Rzeka Życia (https://www.facebook.com/)
    BOŻE, miej w opiece Polskę całą!Taką piękną i wspaniałą!

    Nigdy nie pojmiemy dróg, którymi prowadzi nas Bóg.

    Uwielbiaj Pana w każdym czasie. Tylko Jemu należy się chwała.



  3. #3
    JB Awatar Administrator
    Dołączył(a)
    16.01.2020
    Mieszka
    Warszawa
    Postów
    5,684

    Domyślnie Re: Z życia wzięte...



    Obrazek z netu




    Wyleczyłem się dzisiaj z oceniania ludzi po pozorach. Raz na zawsze.

    Wyleczyłem się dzisiaj z oceniania ludzi po pozorach. Raz na zawsze. Stoję w kolejce w markecie. Przede mną starszy mężczyzna, ubrany dość niechlujnie, w ręku trzyma tylko dwie czekolady i paczkę kawy. Przy kasie zaczyna się dramat.

    Pan trzęsącymi się rękami wygrzebuje drobne, brakuje mu 4 złotych.

    Ludzie za mną zaczynają wzdychać, ktoś zerka na zegarek, ktoś inny rzuca pod nosem: „Znowu to samo”. Przyznam szczerze, sam poczułem to ukłucie irytacji. Też mi się spieszyło.

    W końcu nie wytrzymałem, wyciągnąłem kartę i mówię do kasjerki: „Proszę to doliczyć do mojego rachunku”.

    Pan spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakbym mu życie uratował. Zaczął mnie przepraszać, dziękować, chciał mi podawać adres, żeby oddać te marne grosze. Powiedziałem tylko, żeby o tym zapomniał i życzyłem miłego dnia.

    Wyszedłem na parking, pakuję zakupy do bagażnika. Widzę, że ten Pan idzie w stronę przystanku, ale nagle podchodzi do kwiaciarki przy wyjściu. Oddaje jej te dwie czekolady, które przed chwilą mu „zasponsorowałem”, bierze od niej dwa najtańsze goździki i idzie dalej.

    Zgłupiałem. Pomyślałem:No ładnie, dałem na zakupy, a on rozdaje prezenty”. Ciekawość wygrała. Odpaliłem auto i przejeżdżając obok przystanku zobaczyłem, że on nie wsiada do autobusu.
    On idzie w stronę bramy cmentarza, która jest tuż obok. Poszedłem za nim, z daleka.

    Usiadł na ławce przy jednym z nagrobków. Położył te dwa goździki, pogłaskał płytę i zaczął... śpiewać „Sto lat”. Cicho, drżącym głosem.

    Okazało się, że dzisiaj są urodziny jego żony.
    Nie miał na kwiaty, bo całą emeryturę wydał na jej leki, których już nie potrzebuje. Chciał jej przynieść cokolwiek, co sprawiłoby, że poczułaby się wyjątkowa, tak jak za życia.

    Wróciłem do auta i siedziałem w nim 15 minut, patrząc w szybę.

    Myślałem o tym, jak bardzo gonię za rzeczami, które nie mają znaczenia, i jak łatwo przyszło mi ocenienie tego człowieka jako „problem w kolejce".

    Dostałem dzisiaj najdroższą lekcję miłości za 4 złote.


    Za: X Dariusz Brzozowski


    BOŻE, miej w opiece Polskę całą!Taką piękną i wspaniałą!

    Nigdy nie pojmiemy dróg, którymi prowadzi nas Bóg.

    Uwielbiaj Pana w każdym czasie. Tylko Jemu należy się chwała.



  4. #4
    JB Awatar Administrator
    Dołączył(a)
    16.01.2020
    Mieszka
    Warszawa
    Postów
    5,684

    ŁZY Re: Z życia wzięte...

    W dzisiejszych czasach samotność dotyka nie tylko ludzi starszych, dotyka również coraz częściej młodych ludzi.
    Brak zrozumienia, wsparcia i zdrowych codziennych relacji w rodzinie, z czasem staje się nawet podłożem zaburzeń w sferze psychicznej...

    ***



    Mam 73 lata, wielką rodzinę... i płaczę sama każdej nocy. Dlaczego?

    Ostatnią Spowiedź


    Czy można mieć troje kochających dzieci, siedmioro wnuków i każdego wieczoru umierać z osamotnienia w pełnym wspomnień mieszkaniu?

    Bohaterka dzisiejszego odcinka ma 73 lata i przez całe życie była niezachwianą skałą dla swojej rodziny, zawsze stawiając potrzeby innych ponad własne. W tym filmie usłyszysz historię kobiety, która boleśnie zrozumiała, że jej bezgraniczne poświęcenie i ukrywanie prawdziwych uczuć doprowadziły ją do całkowitej izolacji wśród najbliższych.

    To przestroga, której wysłuchanie może uratować twoje własne relacje, zanim w twoim domu również zapadnie głucha cisza.
    BOŻE, miej w opiece Polskę całą!Taką piękną i wspaniałą!

    Nigdy nie pojmiemy dróg, którymi prowadzi nas Bóg.

    Uwielbiaj Pana w każdym czasie. Tylko Jemu należy się chwała.



  5. #5
    JB Awatar Administrator
    Dołączył(a)
    16.01.2020
    Mieszka
    Warszawa
    Postów
    5,684

    MYŚLĄCY Chłopiec był podtrzymywany przy życiu jedynie przez maszyny, a lekarze

    Chłopiec był podtrzymywany przy życiu jedynie przez maszyny, a lekarze





    Matka już nie spała.

    Dniem i nocą trwała przy nim, delikatnie trzymając jego małą rączkę. Ojciec milczał, jakby bał się wypowiedzieć myśli, które go dręczyły. Nawet lekarze – zazwyczaj spokojni i opanowani – zaczęli odwracać wzrok, nie potrafiąc ukryć rozpaczy. Wydawało się, że wszelka nadzieja zniknęła.

    Jednak ktoś nie chciał się poddać.

    Pies chłopca to owczarek niemiecki o imieniu Rico.

    Każdego dnia Rico czekał przed szpitalem. Jego rodzice wchodzili i wychodzili, ale on trzymał się blisko wejścia, siedząc cierpliwie i wydając ciche jęki, jakby błagał o pozwolenie.
    Zwierzęta nie miały wstępu na oddział intensywnej terapii. Jednak pewnego dnia pielęgniarka zauważyła psa, z głową opartą na zimnej podłodze i oczami na wpół przymkniętymi ze zmęczenia.

    Wyszeptała do lekarza niemal cicho:

    „On też cierpi. Niech chociaż się pożegnają”.

    Kiedy Rico w końcu wpuszczono, matka podskoczyła – nie spodziewała się zgody lekarzy. Pies powoli podszedł do łóżka, stanął na tylnych łapach, delikatnie położył przednie łapy na krawędzi i pochylił się w stronę chłopca. Nie szczekał. Nie skomlał. Po prostu na niego patrzył.

    Potem Rico delikatnie polizał malucha po główce, jakby chciał przekazać mu swoje ciepło.
    Lekko przycisnął łapki do piersi dziecka, jakby chciał mu powiedzieć, jak bardzo za nim tęskni… jakby się żegnał.

    I wtedy wydarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego.Nagle monitor – który od kilku dni pozostawał niezmieniony, wyświetlając jedynie słabe, regularne linie – wydał wyższy dźwięk.
    Matka krzyknęła, obawiając się najgorszego.

    Ale lekarz zamarł.
    Tętno wzrosło — bardzo nieznacznie.

    Rico podszedł bliżej, dotykając pyskiem policzka chłopca.
    A potem, niemal niezauważalnie, palce dziecka poruszyły się.
    Matka z niedowierzaniem zakryła usta dłonią, a lekarz podbiegł, aby sprawdzić sprzęt.

    Jedno po drugim, stałe elementy zaczęły się poprawiać — powoli, systematycznie — jakby coś niewidzialnego prowadziło malucha ku życiu.

    Później lekarze debatowali nad przyczyną, szukając medycznego wyjaśnienia. Jednak jedynym momentem, który zgadzał się we wszystkich zapisach, była dokładna chwila, w której Rico wszedł do pokoju.

    Od tego dnia pies mógł przychodzić codziennie. Z każdą wizytą chłopiec reagował coraz bardziej… aż pewnego ranka w końcu otworzył oczy.
    Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był ciepły, wilgotny pysk Rico, bardzo blisko niego, podczas gdy pies wiernie obserwował.

    Lekarze nazwali to cudem.
    Rodzice nazwali to ratunkiem.



    Źródło: https://tajne-przepisy.delicedcook.c...y-a-lekarze/6/
    BOŻE, miej w opiece Polskę całą!Taką piękną i wspaniałą!

    Nigdy nie pojmiemy dróg, którymi prowadzi nas Bóg.

    Uwielbiaj Pana w każdym czasie. Tylko Jemu należy się chwała.



  6. #6
    JB Awatar Administrator
    Dołączył(a)
    16.01.2020
    Mieszka
    Warszawa
    Postów
    5,684

    MYŚLĄCY Próbowałem udawać martwego, tak jak radzą instrukcje.





    Próbowałem udawać martwego, tak jak radzą instrukcje.


    Przytuliłem się do drzewa, nie ruszałem się, mając nadzieję, że niedźwiedź da mi spokój.
    Ale jak masz udawać, że nic się nie dzieje, gdy coś zaciska zęby na twojej twarzy?



    Zerwał mnie z drzewa jak szmacianą lalkę, potrząsnął mną, a potem powoli zaczął żuć lewą stronę mojej twarzy. Czułem każdy chrup, każdy trzask kości. To dźwięk, którego nigdy się nie zapomina.

    Pomyślałem wtedy:

    "To już koniec”.

    Ale włączył się instynkt – ten prymitywny, który nie słucha logiki, tylko chce przeżyć. Wsadziłem mu palce do nosa, w oczy, ciągnąłem za uszy… cokolwiek, byle przestał mnie gryźć. Ból był niewyobrażalny, ale strach był jeszcze gorszy.



    I wiesz, co było najdziwniejsze?

    Nie myślałem o śmierci. Myślałem o mojej córce. O tym, że jeszcze nie widziałem, jak stawia pierwsze kroki. Wiedziałem, że nie mogę umrzeć samotnie na tej górze, podczas gdy niedźwiedź bawi się mną jak zepsutym pluszakiem.



    – Jeremy Evans, ocalały z ataku niedźwiedzia


    Źródło: Platforma X
    BOŻE, miej w opiece Polskę całą!Taką piękną i wspaniałą!

    Nigdy nie pojmiemy dróg, którymi prowadzi nas Bóg.

    Uwielbiaj Pana w każdym czasie. Tylko Jemu należy się chwała.